poniedziałek, 21 listopada 2016

Południowa Galicja - Prowincje Pontevedra i Ourense

Widok Vigo i Ría de Vigo z Monte Galiñeiro (711 m.n.p.m.)
Powrót do Galicji po ponad sześciu latach od ostatniej wizyty, był dla mnie wyjątkową podróżą, tą najbardziej wyczekiwaną ze wszystkich, które ostatnio odbyłem. To właśnie tam, w samym rogu Półwyspu Iberyjskiego, przeżyłem jedne z najszczęśliwszych i najbardziej beztroskich chwil w moim życiu - semestr wymiany studenckiej Erasmus na uniwersytecie w Vigo. A więc wypad do Vigo i okolic był dla mnie swoistą podróżą sentymentalną.

Nawet jeśli nie macie podobnej więzi sentymentalnej z Galicją, jestem pewien, że zrozumiecie jej wyjątkowość. Region może pochwalić się niezwykłymi krajobrazami i unikalną kulturą, dumnie nawiązującą do swojego celtyckiego rodowodu. Typowym widokiem są tu zielone wzgórza, skaliste i niezamieszkałe wyspy, imponujące klify Wybrzeża Śmierci (Costa da Morte), a także przepiękne, stare miasta na czele z Santiago de Compostela, Lugo, Tui, Ourense czy też A Coruñą. Wrażenie melancholii potęguje wiecznie zachmurzone niebo znad Atlantyku, które bez wytchnienia atakuje galisyjskie wybrzeża i przesuwa się w głąb lądu. Pory roku w Galicji są w zasadzie dwie: Deszczowa, która przypada na jesień, zimę i wiosnę; oraz słoneczna, trwająca około 3-4 miesiące. Ale niech nie przestraszy Was deszcz, Galicja zrekompensuje każdemu pochmurne dni pięknymi widokami, skoczną celtycką muzyką oraz świetnym jedzeniem, winami i likierami. Nie znam nikogo kto wróciłby stamtąd zawiedziony tym co zobaczył.

Masyw Monte Galiñeiro widziany z kampusu Universidade de Vigo
Krajobraz Galicji jest bardzo urozmaicony - wnętrze kraju jest stosunkowo górzyste, natomiast charakterystyczne dla wybrzeża są tak zwane ‘rías’ (po polsku Wybrzeże Riasowe) - długie i szerokie zatoki, do których spływają rzeki. Na południu znajdują się większe Rías Baixas rozcinające wybrzeże w kilku miejscach, natomiast północne Rías Altas są znacznie mniejsze. Rías stanowią prawdziwy raj dla wszelkiego rodzaju form życia morskiego, dzięki czemu na wybrzeżach rozwinął się prężnie działający przemysł rybny. Łowi się tu głównie ryby, ośmiornice i kalmary, bardzo popularne w galisyjskiej gastronomii. Oprócz tego Rías Baixas obfitują w kwadratowe farmy, tak zwane ‘bateas’, w których hoduje się małże i inne mięczaki. Galicja może też się pochwalić przepięknymi wyspami, takimi jak Cies i Ons.

Historycznie i językowo jest to kraj mocno związany z Portugalią. Język galisyjski jest pokrewny portugalskiemu, a wiele wieków temu stanowiły ono jedno narzecze, tak zwany galaico-portugués, tak jak i Galicja wraz z Portugalią przez pewien czas były tym samym krajem, jako że Hrabstwo Portugalii stanowiło część Królestwa Galicji. Wiele stuleci później więź między oboma krajami wciąż istnieje, choć wieki separacjii odcisnęły na niej swoje piętno. Język galisyjski, w przeciwieństwie do katalońskiego, nie może pochwalić się większym prestiżem społecznym niż hiszpański. O ile starsze pokolenia i mieszkańcy mniejszych miejscowości zazwyczaj porozumiewają się ze sobą po galisyjsku, o tyle już młodzież z dużych ośrodków miejskich, takich jak Vigo czy A Coruña, zdecydowanie częściej posługują się hiszpańskim. Sytuacji języka nie pomaga polityczna orientacja “elit” społecznych, tradycyjnie nastawionych pro-hiszpańsko. Wystarczy wspomnieć, że z Galicji pochodził faszystowski dyktator, generał Franco, a także obecny premier Hiszpanii, Mariano Rajoy, który zresztą nawet nie mówi po galisyjsku. Jest to łatwiej zrozumieć jeśli weźmie się pod uwagę niezwykle konserwatywne i katolickie oblicze galisyjskiego społeczeństwa. Jest to kraj dość mało zurbanizowany, duża część populacji żyje w niewielkich miasteczkach i wsiach. Od zawsze największe poparcie w lokalnych wyborach uzyskuje tutaj prawicowa i pro-hiszpańska partia Partido Popular. Mimo wszystko należy zaznaczyć, iż w Galicji istnieją też nastroje niepodległościowe, a partie dbające o tutejszą tradycję i język też cieszą się dużą popularnością.

Zespół grający galisyjską muzykę ludową w trakcie Festa da Reconquista
W trakcie studiów na uniwersytecie w Vigo miałem przyjemność poznać kilku tłumaczy i profesorów filologii galisyjskiej - ludzi niezwykle utalentowanych i zaangażowanych w obronę i promocję lokalnej tradycji oraz języka. Gdyby to im powierzono pieczę nad przyszłością galisyjskiej kultury, byłbym o nią całkowicie spokojny. Większość z nich reprezentuje nurt zwany reintegracjonizmem, którego celem jest przywrócenie więzi Galicji z międzynarodową społecznością portugalskojęzyczną. Galicja otrzymała już status obserwatora w Międzynarodowej Wspólnocie Krajów Portugalskojęzycznych i stara się też o status członka wspólnoty, na co jednak zgodzić musi się rząd Hiszpanii. Reintegracjoniści opracowali również własne normy pisowni, odmienne od oficjalnej, upodabniające galisyjski do portugalskiego. W nawiązaniu tej współpracy oraz przywróceniu podobieństwa między językami, nurt ten upatruje szansy na ocalenie galisyjskiego przed zniknięciem z lingwistycznej mapy świata.

Powrót do Vigo

Wyspy Cies i część portu w Vigo widoczne ze wzgórza Castro
Podróż po Galicji rozpocząłem od mojego ulubionego Vigo - największego miasta tej wspólnoty autonomicznej, z populacją liczącą sobie prawie pół miliona mieszkańców, jeśli wziąć pod uwagę całą aglomerację. Vigo to najmłodsze z galisyjskich miast, które jeszcze w 1842 roku miało niewiele ponad 6 tysięcy mieszkańców. Na początku XX wieku było ich już ponad 20 tysięcy, a do czasów obecnych populacja wzrosła aż trzynastokrotnie do prawie 300 tysięcy mieszkańców! Ten niebywały rozwój Vigo zawdzięcza atrakcyjnej lokalizacji dla przemysłu - poza największą na świecie fabryką Citröena, działającą tu od roku 1958, warto wspomnieć o istnieniu ważnej stoczni, strefy wolnocłowej oraz przeróżnych fabryk akcesoriów i komponentów samochodowych. Obecnie Vigo dysponuje też jednym z najważniejszych portów w Hiszpanii. Biorąc pod uwagę przemysłowy charakter miasta i jego niezwykle szybki rozwój, nie ma raczej tak dobrej reputacji jaką cieszą się znacznie starsze i cenione przez turystów A Coruña, Santiago de Compostela czy też Lugo.

Mimo wszystko, Vigo zdecydowanie polecam odwiedzić, głównie dla bardzo ładnego i odnowionego starego miasta - Casco Vello. Osiem lat temu stare miasto było jeszcze mocno zniszczone i zaniedbane, a nocą zamieniało się w miejsce ponure, opuszczone i mało przyjemne. Dziś jest całkowicie odnowione i tętni życiem dzięki barom, restauracjom i centrom kultury, takich jak Dom Portugalii (Casa Portuguesa), promujący portugalską kulturę i turystykę w sąsiednim kraju. W tym roku miałem szczęście trafić na jedno z największych świąt jakie odbywają się w Galicji - Festa de Reconquista, czyli święto odbicia miasta z rąk wojsk napoleońskich 28 marca 1809 roku. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Vigo i do dziś co roku odbywa się tu trwająca cały weekend impreza. Stare miasto wraca więc do roku 1809 wystrojem i wypełnia się stoiskami z tradycyjnym jedzeniem. Grupy rekonstrukcyjne przebierają się za francuskich żołnierzy bądź też obrońców miasta. Nie brakuje zespołów grających tutejszą celtycką muzykę na dudach, bębnach i fletach

Poniżej możecie posłuchać tradycyjnej galisyjskiej muzyki, tutaj w wykonaniu słynnego w Galicji zespołu Milladoiro:


Nad starym miastem góruje wzniesienie Monte do Castro, na szczycie którego znajduje się XVII-wieczna forteca i spory park - Parque de Castro. Na zboczach wzniesienia znajduje się zagroda z wykopaliskami starego celtyckiego osiedla. Część chat, tak zwanych ‘castros’ została zrekonstruowana, a o historii celtyckiego osadnictwa można poczytać na tablicach z opisem przy ogrodzeniu. Z fortecy na szczycie doskonale widoczna jest spora część miasta, a także imponujące wyspy Cies u wlotu Ría de Vigo. Po drugiej stronie zatoki widać mniejsze miasteczka - Cangas i Moaña.

Kampus uniwersytetu widoczny ze szczytu Monte Galiñeiro
Uniwersytet w Vigo, na którym miałem przyjemność studiować przez pół roku, jest pięknie położony wśród zielonych wzgórz, około pół godziny drogi autobusem od miasta. Z kampusu doskonale widać skalistą górę Monte Galiñeiro, najwyższy szczyt w okolicy, o wysokości 711 metrów. Ze szczytu Galiñeiro rozciągają się widoki na całą okolicę: Z jednej strony Ría de Vigo i samo miasto oraz wyspy Cies, a z drugiej widok na południe, aż do samej granicy z Portugalią. Studiowanie w tak pięknej okolicy, z dala od miasta, było niezwykle ciekawym doświadczeniem. Dla przykładu, na terenie kampusu często pojawiało się stado dzikich koni, przyzwyczajonych do obcowania z ludźmi. Na wysokości prawie pół kilometra nad poziomem morza, byliśmy też zdani na kaprysy niezwykle zmiennej pogody. Niejeden mecz piłkarski musieliśmy kończyć przedwcześnie ze względu na gęstą mgłę, która powoli spełzała ze wzgórz i zbliżała się do boiska. Kiedy mgła zaczynała otaczać boisko niczym bojówka Legii czy Lecha, nawet najodważniejszym z nas przechodziła ochota na dalszą grę. Pewien mecz w pucharze uniwersytetu przegraliśmy 2:5, ponieważ po intensywnym deszczu boisko zamieniło się w jezioro, do czego Galisyjczycy byli lepiej przystosowani niż nasza drużyna złożona z obcokrajowców.

Jeśli odwiedzacie Vigo latem lub w trakcie wakacji wielkanocnych (Semana Santa), możecie odwiedzić wyspy Cies, zamknięte dla turystów przez większą część roku. Wyspy nie są zamieszkane i stanowią część Parku Narodowego Wysp Atlantyckich, obfitującego w lęgowiska różnego rodzaju ptaków morskich, zwłaszcza mew. Archipelag składa się z trzech wysp: Illa do Faro i Illa de Monteagudo, połączone mostem i plażą; oraz Illa de San Martiño, na którą można się dostać jedynie na własną rękę jachtem lub łodzią. Z kolei najlepszym sposobem dostania się na dwie pierwsze wyspy jest przeprawa promem z Vigo, Moañi lub Cangas. Polecam zakupić bilety na prom z wyprzedzeniem ze względu na ograniczenie liczby odwiedzających. Dzienny limit odwiedzin to 2200 osób, z których część uzyskuje pozwolenie na nocowanie w kampingu. Plaże na wyspach zostały kilka lat temu uznane za najładniejsze na świecie przez popularną brytyjską gazetę ‘The Guardian’. Rzeczywiście, piasek jest tu niezwykle czysty i biały. Można również wejść na najwyższe wzgórze z latarnią morską na szczycie, z którego widać całość wysp oraz południowe wybrzeże Galicji.

Pontevedra, Ourense i Tui

Jedna z ulic na starym mieście w Tui
Co ciekawe, stolicą prowincji, w której znajduje się Vigo, jest o wiele mniejsza, lecz dużo starsza Pontevedra. Warto zwiedzić jej imponujące stare miasto. Polecam też wypić kawę w świetnej kawiarni Club del Café przy Rúa Marqués de Riestra, tuż obok ruin kościoła Santo Domingo. W prowincji Pontevedra warto też pojechać na południe, do średniowiecznego miasta Tui i portugalskiej Valençy do Minho, znajdującej się po drugiej stronie rzeki Miño (Po portugalsku “Minho”). Są to bliźniacze miasta połączone mostem, zaprojektowanym przez Gustawa Eiffle’a. Valença, ze swoimi wysokimi murami i wąskimi bramami, przypomina fortecę. Aby przekroczyć średniowieczne fortyfikacje i dostać się do miasta, trzeba przejść ciemnym tunelem. Imponujący jest kontrast między nieco ponurą ciszą za murami miasta, gdzie można dojść do wniosku, że jest to miejsce opuszczone; a zadbanym i pięknie zabudowanym wnętrzem. Valença jest małym miasteczkiem, i pomimo popularności jaką cieszy się wśród turystów, panuje tam niezwykły spokój. Pod wpływem tej atmosfery, nawet podróżnik z tak wielkiej aglomeracji jak Barcelona zwalnia kroku i przestaje spoglądać na zegarek.

W porównaniu ze swoją portugalską siostrą, Tui wydaje się nawet bardziej średniowieczne i mroczne. W średniowieczu Tui było jednym z najważniejszych ośrodków miejskich Galicji, zwłaszcza ze względu na ważną siedzibę władz kościelnych oraz lokalizację na szlaku Camino de Santiago czyli Drogi świętego Jakuba, którą pielgrzymi z południa podążali do Santiago de Compostela. Obecnie Tui jest zaledwie czternastym pod względem liczby mieszkańców miastem w samej tylko prowincji Pontevedra. Być może właśnie tej utracie splendoru sprzed wieków miasto zawdzięcza obecny urok. W rozległym historycznym centrum zachowały się liczne budynki z tamtej złotej epoki: między innymi romański kościół San Bartolomé de Rebordáns z XI wieku, który kiedyś pełnił funkcję katedry. Oprócz tego w doskonałym stanie zachowała się katedra z XII wieku oraz klasztor Santo Domingo wybudowany w następnym stuleciu. Wiele ulic w historycznym centrum jest zupełnie nieprzejezdnych dla samochodów, a pośrodku niektórych z nich znajduje się rynsztok. Przechadałem się tymi starodawnymi ulicami w absolutnej ciszy i samotności, co potęgowało wrażenie autentyczności tego miejsca i zachęcało do refleksji nad względnością upływu czasu. Podczas gdy Vigo w półtora wieku z małej wioski przekształciło się w największe miasto Galicji, stare centrum Tui nie zmieniło się zbytnio przez ostatnie tysiąc lat.

Stara zabudowa Pontevedry
W trakcie pobytu w Vigo wybrałem się też z kolegą do Ourense, stolicy prowincji o tej samej nazwie, słynnej ze względu na swoje gorące źródła. Ourense leży również nad rzeką Miño, lecz już w znacznej odległości od Tui. Podróż autobusem z Vigo zajęła nam około trzech godzin. Na miejscu od razu ruszyliśmy w kierunku gorących źródeł, położonych na obrzeżach miasta tuż przy brzegu rzeki Miño. Termas Outariz to zbiór kilku darmowych źródeł termalnych z wodą o różnej temperaturze, a także płatny ośrodek rekreacyjny. Po kilku godzinach odpoczynku w darmowych źródłach, wróciliśmy do centrum Ourense, którego starówka, jak w każdym galisyjskim mieście, jest niezwykle urokliwa.

Na południu prowincji Ourense znajdują się góry Serra do Xurés, objęte ochroną w ramach parku Parque Natural Baixa Limia - Serra do Xurés, który po drugiej stronie granicy zamienia się w portugalski Parque Peneda-Gerés. Te niewysokie góry zachwycają zielenią swoich krajobrazów oraz obfitością wszelkiego rodzaju fauny, w tym dzikich koni i wilków, których ja niestety (lub na szczęście) nie miałem przyjemności spotkać. W górach znajdują się niewielkie i bardzo stare wioski (aldeas), prawie odcięte od świata zewnętrznego. Z wycieczki do parku ponad osiem lat temu, zapamiętałem szczególnie jedną z nich, zamieszkaną jedynie przez starsze osoby, które nie znały w ogóle języka hiszpańskiego. Podejrzewam, że ci ludzie musieli przeżyć całe życie mówiąc po galisyjsku, bardzo blisko granicy z Portugalią, bez kontaktu z hiszpańskojęzycznym światem i hiszpańskojęzycznych mediów. Młodych ludzi w wiosce nie zauważyłem, zapewne młodsze pokolenia wyemigrowały wcześniej do większych ośrodków. Niektóre ‘aldeas’ były już wyludnione i mocno podniszczone. Ze sporą dozą melancholii stwierdzam, że taki los zapewne czeka większość z tych wiosek, stanowiących żywe świadectwo przeszłości tego kraju.

Derby Galicji: Celta Vigo - Deportivo A Coruña

Akurat na początku kwietnia zbiegły się w czasie dwa bardzo ważne wydarzenia dla Vigo: opisana wyżej Festa de Reconquista oraz mecz dwóch największych i najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich z Galicji: Celty Vigo i Deportivo A Coruña. Jako kibic Celty, nie mogłem przegapić tego hitu, zwłaszcza że obie drużyny radziły sobie akurat bardzo dobrze w lidze. Celta na wiosnę walczyła o miejsce gwarantujące udział w Europa League, natomiast Deportivo nieco straciło formę, jednak wciąż znajdowało się w górnej połowie tabeli. W drużynie z A Coruñi szczególnie zachwycał Lucas Pérez, autor 17 bramek w sezonie. Niestety z uwagi na ogromne zainteresowanie derbami Galicji, ceny biletów osiągnęły absurdalny poziom w porównaniu z innymi spotkaniami na stadionie Balaídos. Zakupiłem bilet z niemal tygodniowym wyprzedzeniem, a i tak wyniósł mnie 80 €.

Estadio Balaídos jest obiektem dość starym, wybudowanym w roku 1928. Jego pojemność to prawie 30 tysięcy miejsc, choć jedna z trybun jest aktualnie w przebudowie, po czym przyjdzie też kolej na następne. Atmosfera derby była bardzo podniosła - przed meczem cały stadion odśpiewał hymn Galicji - “Fogar de Breogán”. Doping był głośny i żywy, znacznie bardziej niż na Camp Nou, które odwiedzam znacznie częściej niż Balaídos. Przyśpiewki dopingujące Celtę przeplatały się z gwizdami i wyzwiskami w kierunku Deportivo, do czego ja akurat się nie przyłączałem.

Tymczasem na boisku Celta nie dawała sobie rady z presją i dość wcześnie straciła bramkę. Piłkarze ‘Toto’ Berizzo grali niczym sparaliżowani oczekiwaniami fanów, prasy i zarządu. Dopiero w drugiej połowie, dzięki przepięknej bramce Nolito z ostrego kąta, udało się wyrównać stan meczu. Do końca spotkania wynik niestety się nie zmienił, a Deportivo bez większego stresu dotrwało do końcowego gwizdka sędziego. Tej nocy wyszliśmy z Balaídos nieco zawiedzeni wynikiem i postawą Celty. Na szczęście pod koniec rozgrywek drużyna z Vigo zdołała zakwalifikować się do europejskich pucharów.

Zapraszam do galerii zdjęć z podróży, wkrótce też opiszę drugą jej część - Północną część Galicji oraz Gijón:

 
Wyspy Cies: Illa de San Martiño widoczna z Illa do Faro


Największa wyspa - Illa de Monteagudo, widoczna z Illa do Faro

Motorówki i żaglówki między Illa do Faro i Illa de San Martiño

Wyspy Cies widoczne z Baiony

Sporych rozmiarów jaszczurka na wyspie Illa do Faro

Plaża łącząca Illa do Faro z Illa de Monteagudo

Forteca w Baionie widoczna ze wzgórza nad miastem

Galisyjskie hórreo - konstrukcja służąca do przechowywania ziarna. W tle Monte Galiñeiro

Jeden z 60 młynów w Folón i Picón w regionie Baixo Miño na samym południu Galicji, niedaleko granicy z Portugalią

Młyny w Folón i Picón

Wyspy Cies widoczne z plaży Samil w Vigo

Widok z jednej z gór w Serra do Xurés (Ourense)

Zdjęcie moich znajomych na szczycie Monte Galiñeiro. W tle Vigo i Ría de Vigo.

wtorek, 3 maja 2016

Athletic - Celta i Święto Pracy w Bilbao

Ría de Bilbao i most w okolicach starego miasta
Weekendowy wypad do Bilbao uznam chyba za najbardziej udany wyjazd meczowy w tym sezonie. Datę miałem zaznaczoną w kalendarzu zaraz po ogłoszeniu terminarza ligowego w lipcu zeszłego roku, a trzy tygodnie przed meczem Athletic - Celta zrobiłem rezerwację pokoju w tanim hotelu Bilbi, położonym nieopodal starego miasta. Zakupiłem też z wyprzedzeniem bilety na pociąg ALVIA - w obie strony przejazd kosztował 80 €. Jedynie wejściówek na mecz nie udało mi się zarezerwować na czas. Pojawiły się w ofercie w poniedziałek, 25-ego kwietnia, i te najtańsze (30-40 €) zniknęły jeszcze tego samego dnia. Zareagowałem zbyt późno i w końcu wybrałem się do Bilbao bez biletu, licząc na zakup od 'koników' czyli nielegalnych sprzedawców.


Wyjechałem ze stacji Sants w sobotę o godzinie 7:30 rano, w towarzystwie kolegi z Barcelony. Pociąg do Bilbao najpierw jedzie na południe, do stacji Camp de Tarragona, a następnie już na północny-zachód przez Saragossę (Aragonia) i Logroño (La Rioja). Podróż trwa około sześciu i pół godziny, ale dzięki komfortowym warunkom jest dosyć znośna. Warto zwrócić uwagę na widoki za oknem. Przez kilka godzin pociąg jedzie wzdłuż rzeki Ebro, która wije się w dole, co jakiś czas przeskakując o próg niżej dzięki niewielkim kaskadom. Szczególnie ciekawe wydały mi się stopniowe zmiany krajobrazu w miarę jak pociąg sunął na północ: Najpierw suche oraz skąpo porośnięte równiny Katalonii i Aragonii, następnie winnice La Riojy i w końcu zielone wzgórza Kraju Basków.

Bilbao żyjące futbolem

Herb Athletic w oknie jednego z barów
Bilbao to miasto zakochane w swoim Athletic Club aż po uszy i jest to fenomen, którego nie widziałem wcześniej w żadnym innym mieście (choć mój staż piłkarskiego podróżnika jest wciąż bardzo skromny). Prawie wszystkie bary na starym mieście mają na ścianie jakiś szalik, flagę, proporczyk lub inną pamiątkę klubu. Widziałem nawet flagę w czerwono-białe pasy z napisem 'Aupa Athletic' ("Do boju Athletic") w salonie fryzjerskim. Dzień meczowy jest dla miasta niczym święto. Na ulicach starego miasta dzieci w koszulkach Athletic naśladują swoich idoli biegając za piłką, podczas gdy ich rodzice w gronie przyjaciół oczekują na mecz popijając piwo na ulicy przed barem. W kibicowaniu czerwono-białym biorą tu udział wszyscy: mężczyźni, kobiety, młodzi, starsi, środowiska baskijskiej lewicy niepodległościowej i głosująca na tutejszych nacjonalistów z PNV bogatsza część społeczeństwa. Athletic jednoczy i widać to szczególnie w dniu meczu przed bramami San Mamés.


Fenomen tego klubu warto byłoby szerzej opisać, ale wspomnę tylko, że Athletic, jako jedyna w Hiszpanii drużyna, korzysta wyłącznie z usług piłkarzy o baskijskich korzeniach. W rzeczywistości za Basków Athletic uznaje również mieszkańców prowincji La Rioja i Nawarra, które historycznie były baskijskie. Wiele talentów Athletic wyławia też w Pampelunie, gdzie Club Atlético Osasuna słynie ze świetnego szkolenia młodzieży.

Przedmeczowa atmosfera w mieście

Tak wyglądały okolice San Mamés pół godziny przed meczem
Już w sobotę stare miasto Bilbao zapełniło się rozśpiewanymi grupami fanów Celty, którzy zajęli bary i ulice. Wśród nich nie brakowało członków grupy ultras 'Celtarras' - kilku sharp skinów i niektórych trochę bardziej neutralnie wyglądających jegomości. Już od samego przyjazdu wyczułem podniosłą atmosferę piłkarskiego święta, bez żadnych oznak wrogości czy agresji. Rozochocony takim nastrojem kibiców również założyłem na siebie koszulkę i szalik Celty. Podczas nocnej rundki miałem przyjemność nawiązać kontakt z baskijskimi kibicami i podogryzaliśmy sobie w sympatycznej atmosferze, życząc sobie na koniec ciekawego meczu nazajutrz.


Między fanami obu drużyn panują doskonałe relacje z przyczyn tożsamościowych - Galisyjczycy i Baskowie to dwie historyczne nacje zamieszkujące Hiszpanię i walczące o uznanie swojej odrębności; a także politycznych - wśród kibiców Athletic i Celty bardzo powszechne są poglądy lewicowe i antyfaszystowskie, a nierzadko także niepodległościowe. Zatem pomijając rywalizacją o miejsce w tabeli, dla fanów był to również mecz przyjaźni.


Sobotnią noc zakończyliśmy w antyfaszystowskim i rockowym barze La Espuela, przy ulicy Iturribide Kalea, gdzie kilku członków 'Celtarras' już dogorywało po całym dniu "w terenie". Na rękach i karku barmana widniały przeróżne tatuaże antyfaszystowskie i Athletic Bilbao. Na tej samej ulicy znaleźliśmy też wiele innych ciekawych barów w klimacie rockowo-punkowym, ale robiło się już późno, a od mieszanki piwa z cydrem i szotami likieru kawowego szumiało mi już w głowie. Rano czekała nas ważna misja - znalezienie wejściówek na mecz.

Dzień meczu: Poszukiwania biletu

W poszukiwaniu biletów na mecz
Pojedynek Athletic z Celtą był z pewnością hitem 36 kolejki La Liga, ponieważ mierzyły się w nim piąta i szósta drużyna tabeli, przy zaledwie 2-punktowej różnicy. Należy zaznaczyć, że piąte miejsce w lidze daje bezpośredni awans do fazy grupowej Europa League, podczas gdy szósta drużyna będzie musiała przebić się przez dodatkową rundę kwalifikacyjną. Z tego powodu obie drużyny podeszły do meczu jak do finału, a kibice szybko wykupili wszystkie wejściówki. Zresztą, jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli obejrzeć jakiś mecz na San Mamés, zakupcie bilety z wyprzedzeniem, ponieważ stadion baskijskich 'lwów' nigdy nie świeci pustkami.


Wraz z kolegą stawiliśmy się pod imponującym nowym San Mamés już o 10:30 rano, czyli na półtorej godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Jest to obiekt o pojemności ponad 50 tysięcy miejsc, zainaugurowany w 2013 roku - z zewnątrz pokryty metalowymi częściami przypominającymi nieco wygięte na zewnątrz łuski. Po godzinie 11:00 okolice stadionu zaczęły zapełniać się powoli grupami fanów obu drużyn. Wyświetlacze przy kasach ogłaszały, że bilety są już wyprzedane, jednak nieopodal zaczęli się już kręcić nielegalni sprzedawcy. Wraz z Pablo zauważyliśmy, że najczęściej byli to mężczyźni po 50-tce, o fizjonomii nieco podniszczonej nadużyciem alkoholu. Podchodziłem więc do każdej osoby, która pasowała do tego opisu, lecz okazało się, że najczęściej sprzedają bilety za 100-160 €, a niektórzy również szukają wejściówek. Tych pierwszych wyśmiewaliśmy, a z drugimi wymienialiśmy wyrazy solidarności ;) W końcu Pablo zdołał kupić bilet za 70 €, natomiast ja dalej szukałem. Dopiero 15 minut po pierwszym gwizdku sędziego, kiedy zacząłem już tracić nadzieję, udało mi się odkupić bilet za 50 € od jednego z 'koników'. Był młody i wcale nie wyglądał na pijaka. Na zewnątrz nie było już prawie nikogo kiedy przeszedłem przez bramkę i zacząłem się wspinać po schodach w kierunku mojego sektora.

“Finał” na San Mamés i 2 minuty szaleństwa Cabrala

Nowe San Mamés w całej okazałości
Jednym z moich ulubionych momentów na stadionach piłkarskich jest wejście na którąś z górnych trybun, kiedy to oczom ukazuje się ta ogromna przestrzeń i jej niezwykłe bogactwo kolorów, kształtów i dźwięków. Wypełniony po samą koronę San Mamés imponuje nawet jeśli oglądało się już mecze na Camp Nou, San Siro czy Allianz Arena.

Kiedy wreszcie zająłem jedyne puste miejsce na mojej trybunie, usłyszałem od kilku kibiców z Galicji: “Spóźniłeś się, przegapiłeś bramkę Orellany!”. Ucieszyłem się na tę wiadomość i od razu przyłączyłem się do dopingowania podopiecznych ‘Toto’ Berizzo. Na mojej trybunie, tak jak i na całym stadionie, fani obu klubów oglądali mecz wymieszani. Co ciekawe, kilka dni wcześniej przedstawiciel Athletic Club napisał mi w e-mailu, że w koszulce i szaliku Celty nie zostanę wpuszczony na żaden z sektorów dla gospodarzy...


Sektor kibiców Celty w rogu stadionu
Wracając na murawę, bo przecież na niej skupiała się uwaga ponad 50 tysięcy widzów, to od samego początku Celta zdominowała spotkanie. Ekipa Eduardo Berizzo grała z wielką pewnością siebie i już w pierwszych minutach stworzyła sobie parę dogodnych okazji do objęcia prowadzenia. Athletic zupełnie nie radził sobie z atakami uskrzydlonego prowadzeniem rywala. Nolito, Orellana i Iago Aspas byli prawdziwym koszmarem dla baskijskich obrońców. Przebieg meczu diametralnie zmieniła 38 minuta: Długie podanie do niewidocznego do tej pory Aduriza w pole karne, gdzie Cabral w absurdalny sposób sfaulował doświadczonego napastnika. Będący w życiowej formie Aritz Aduriz bez problemu wykorzystał karnego. Niestety Cabral zamiast naprawić swój błąd, popełnił głupotę sezonu szukając rewanżu na Basku zaledwie minutę później. Po zderzeniu obu piłkarzy, Argentyńczyk przeszedł nad leżącym na murawie rywalem i otarł się korkami o jego twarz. Aduriz padł jak rażony piorunem. Spektakl był to naprawdę żałosny - z jednej strony zupełnie niezrozumiałe zachowanie Cabrala, który wykazał się niegodną dla stopera z argentyńskiej szkoły naiwnością; z drugiej zaś żenująca symulacja napastnika Athletic. Fani z Bilbao zawrzeli z oburzenia, my natomiast złapaliśmy się za głowy przewidując co za chwilę się stanie. Co do tego nie było wątpliwości: Czerwona kartka, która oznacza również osłabienie obrony Celty w nadchodzących meczach z Malagą w Vigo i z walczącym o mistrzostwo Atlético Madryt na wyjeździe. Po gwizdku na przerwę odetchnęliśmy z ulgą i z pewnym niepokojem zaczęliśmy oczekiwać drugiej części spotkania.


Ogłoszenie nagrody dla Paolo Maldiniego na telebimie stadionu
W przerwie meczu odbyła się uroczystość wręczenia nagrody One-Club Man Award, czyli nagrody dla Piłkarza Jednego Klubu, legendzie światowej piłki, Paolo Maldiniemu. Publiczność na San Mamés jak mało która potrafi doceniać takie wartości jak wierność jednemu klubowi. Maldini wyszedł na środek boiska, gdzie cały stadion zgotował mu owację na stojąco. Schodząc z boiska Włoch minął się z piłkarzami obu ekip, gotowymi już do rozpoczęcia drugiej połowy meczu.

Celta grająca w 10-tkę zaczęła grać wbrew swojej naturze - ograniczyła się do obrony korzystnego remisu. Rywal z kolei miał przewagę, ale grał chaotycznie i brakowało mu pomysłów. Ernesto Valverde przeprowadził kilka zmian i w końcu weteran Raul García zdołał zdobyć zwycięską bramkę, po tym jak wcześniej trafił w słupek strzałem z dystansu. Celta walczyła do samego końca, ale mecz zamienił się w chaotyczną wymianę ciosów, w której to piłkarze z Vigo nie potrafili się odnaleźć. Mimo to, John Guidetti mógł jeszcze wyrównać stan meczu w samej końcówce, ale Gorka Iraizoz obronił strzał Szweda z ostrego kąta. Nic z tego, trzy punkty zostały w Bilbao. Gustavo Cabral zapewne długo nie wybaczy sobie osłabienia kolegów w tak ważnym momencie sezonu. Na pewno inni fani Celty podzielają moje rozczarowanie tym wynikiem, ponieważ rywal był tego dnia zdecydowanie do pokonania.

Manifestacja 1-majowa w napięciu

Manifestanci już po przekroczeniu rzeki, w drodze na Plaza de Cantera
Kilka godzin po meczu na starym mieście natrafiliśmy na manifestację z okazji Święta Pracy. Młodzi ludzie z różnych środowisk antykapitalistycznych i antyfaszystowskich w liczbie około 100 - 200 osób, zgromadzili się, aby zademonstrować przeciwko spekulacji urbanistycznej oraz eksmisjom. Zaciekawieni wydarzeniem, przyłączyliśmy się do pochodu i ruszyliśmy ulicami starego miasta. Hasła były wykrzykiwane głównie po baskijsku, ale na szczęście w tłumie znalazła się Katalonka, która wyjaśniła nam niektóre z nich.


Po kilku minutach marszu dotarliśmy do rzeki, gdzie stało kilku policjantów w kominiarkach, uzbrojonych w broń automatyczną. Nad nami unosił się helikopter, z którego policja śledziła każdy krok uczestników marszu. Przeszliśmy na drugą stronę rzeki niedaleko Mercado de La Ribera i dotarliśmy w końcu do Plaza de Cantera - dodam, że bez żadnych nieprzyjemnych incydentów, choć w powietrzu wyczuwało się złowrogie napięcie - głównie ze względu na niepokojącą obecność helikoptera i uzbrojonej policji. Po drodze przyłączyło się do nas trzech młodych mężczyzn - może nie koksów ale całkiem sporych rozmiarów i ubranych dość neutralnie jak na taką manifestację. Na placu stanęli w pewnej odległości od uczestników wydarzenia. Biorąc pod uwagę historię policyjnych prowokacji w Hiszpanii, miałem w stosunku do nich pewne podejrzenia. Helikopter nie dawał za wygraną, czujnie unosił się nad placem przez cały czas trwania manifestacji. Rozejrzałem się wokół: Uczestnicy to głównie młodzi ludzie z flagami i transparentami o treści antyfaszystowskiej i antykapitalistycznej. Na samym środku placu grupka prawdopodobnie afrykańskich imigrantów wymachiwała flagą. Przemówienie odbyło się najpierw po baskijsku, a potem po hiszpańsku, jednak dźwięk helikoptera praktycznie uniemożliwiał ich wysłuchanie.


Na Plaza de Catera
Jeszcze w trakcie przemówienia po baskijsku na schodach ponad placem pojawiła się grupka około 10-15 krzykliwych dzieci, które próbowały zagłuszyć słowa pierwszego mówcy. Na początku pomyślałem, że to zwykłe wygłupy, ale nieco później zauważyłem, że za dziećmi co chwilę pojawiają się sylwetki dorosłych (Rodzice? Jacy dorośli pozwalają na coś takiego?), a niektóre okrzyki jakie do nas dobiegały to hasła pro-hiszpańskie i… faszystowskie! Wtedy zrozumiałem, że to prawdopodobnie zaplanowana próba prowokacji, na którą na szczęście nikt nie odpowiedział. Kilku chłopców, ośmielonych pasywnością demonstrantów, zbiegło po schodach i pojawiło się na samym placu, wyśmiewając się z manifestacji. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, że może dojść do takiej sytuacji. Wydarzenie na placu potrwało w sumie około 10 minut, po czym wszyscy się rozeszliśmy. Chciałbym tu zaznaczyć, że po stronie manifestantów nie widziałem żadnego niszczenia mienia, agresywnych zachowań czy przejawów nienawiści. Siły policyjne - helikopter i uzbrojeni funkcjonariusze w kominiarkach, bez wątpienia miały na celu zastraszyć uczestników marszu. W połączeniu z prowokacją, prawo do wolności słowa i zgromadzeń zostało dość poważnie naruszone. Baskowie sprawiali wrażenie przyzwyczajonych do tego rodzaju sytuacji, ja natomiast byłem zbulwersowany tym co zobaczyłem.

Manifestacja przechodzi na drugą stronę rzeki w stronę Plaza de Cantera
Dopiero wtedy zrozumiałem wszystko co do tamtej chwili opowiadano mi o Kraju Basków, autonomicznej policji Ertzaintza oraz tutejszych ruchach antykapitalistycznych i antyfaszystowskich. Zdecydowanie zachowanie policji jest jeszcze bardziej agresywne niż w Katalonii, a dość silne środowiska wolnościowe i antykapitalistyczne muszą liczyć się z większymi represjami. Jednym z głównych powodów takiego rozkładu sił jest istnienie w przeszłości organizacji terrorystycznej ETA, obecnie od wielu lat nieaktywnej. Władze baskijskie oraz hiszpańskie użyły tego jako pretekst do zaostrzenia praw i zwiększenia kontroli nad opozycją. Temat ETA i terroryzmu jest wciąż używany przez hiszpańską prawicę do zdyskredytowania lewicy i separatystów oraz manipulowania społeczeństwa. Nawet w Madrycie w zeszłorocznej debacie między dwoma kandydatkami na prezydent miasta, Esperanza Aguirre z prawicowej Partido Popular atakowała rywalkę wyciągając temat ETA! PP od dawna stosuje tę zasłonę dymną, za pomocą której stara się przekonać społeczeństwo, że jest jedyną gwarancją bezpieczeństwa w kraju. Mam nadzieję, że w Polsce i innych krajach Europy nie pozwolimy na to, żeby mydlili nam oczy tego typu fałszywym dyskursem, służącym jako przykrywka dla ograniczenia praw obywatelskich i zwiększenia państwowej kontroli nad społeczeństwem. Szkoda, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę i oddają władzę ludziom o tendencjach mało demokratycznych. Na tym zakończę refleksje, które naszły mnie po powrocie z Kraju Basków. Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć:

Imponujący witraż stacji kolejowej w Bilbao

"Witajcie uchodźcy" po baskijsku - takich flag było pełno w całym mieście

Pomnik pająka i muzeum sztuki współczesnej Guggenheim z tyłu

Stadion Athletic Club - San Mamés

Ludzie tańczący tradycyjny baskijski taniec na jednym z placów

Przegraliśmy, mecz ale gościć na tym stadionie to sama przyjemność!

Most:Puente de la Ribera (Hiszp,), Erriberako Zubia (Bask.)

Graffiti z hasłem wspierającym meksykańskich zapatystów - Gora EZLN!

Plaza Miguel Unamuno. Ten wybitny hiszpański filozof urodził się w Bilbao w 1864 roku

Plaza Barria (Po hiszpańsku Plaza Nueva)

Most zaprojektowany przez Santiago Calatravę, niedaleko muzeum Guggenheim

Most zaprojektowany przez Santiago Calatravę, niedaleko muzeum Guggenheim

Nabrzeże przy Ría de Bilbao

Siedziba partii Eusko Alkartasuna (Baskijska Solidarność) - Baskijska flaga i motto "I love Independentzia"

Jeden z ładniejszych placów w Bilbao

LokalAntitaurino - Stowarzyszenia przeciwko walkom byków: "Postaw się na jego miejscu"

Chusteczki z hasłem "Nie znaczy nie", przeciwko przemocy wobec kobiet

wtorek, 12 kwietnia 2016

Las Palmas - Celta: 'Fair play' na trybunach i nokaut w 90 minucie

Estadio de Gran Canaria
Pretekstem do podróży na Gran Canarię był mecz mojej Celty Vigo przeciwko lokalnej drużynie - Unión Deportiva Las Palmas, na który wybrałem się wraz z dwoma kolegami. Obiekt beniaminka, Estadio de Gran Canaria, znajduje się w pewnej odległości od centrum miasta, w dzielnicy Siete Palmas. Jest to stadion zainaugurowany w roku 2003, o pojemności 32 tysięcy osób. Zastąpił on stary Estadio Insular, który z kolei został przemianowany na park (Zdjęcia pod tekstem). Tam gdzie dziś rosną drzewa i kwiaty, w latach 1997-1999 kanaryjską publiczność czarował Wojciech Kowalczyk. Estadio de Ganaria posiada zadaszenie jedynie nad jedną z trybun, podczas gdy większość kibiców cieszy się promieniami słońca lub przemaka do suchej nitki, w zależności od pogody. Położony jest w głębokiej na około 15-20 metrów niszy, czym przypomina nieco stare stadiony w Polsce, budowane często na wałach ziemnych lub w takich samych niszach. Nieduże nachylnie trybun sprawia, że stadion wydaje się bardzo rozległy.

Mecz rozpoczynał się o godzinie 18:15, lecz półtorej godziny wcześniej wokół stadionu panowała już podniosła atmosfera. Grupki kibiców w żółtych koszulkach stawały się coraz liczniejsze, a parking przy stadionie zapełniał się w ekspresowym tempie. Powrót do pierwszej ligi po 13 sezonach w drugiej i trzeciej kategorii z pewnością motywuje w tym sezonie kibiców z Gran Canarii, którzy zazwyczaj w ilości kilkunastu tysięcy stawiają się na trybunach. Pod stadionem w końcu natrafiliśmy na niebieskie koszulki i szaliki Celty - kibiców z Galicji było około 30. Jeden z nich, mężczyzna po 50-tce, który przyleciał na mecz z żoną i dwoma dorosłymi synami, zaproponował nam dwa darmowe bilety na sektor gości. Musieliśmy dokupić tylko jeden, który kosztował 60 euro, więc złożyliśmy się po 20. Najtańsze wejściówki kosztowały 25 euro, ale były one na inną trybunę, naprzeciw sektora gości. Odwdzięczyliśmy się naszemu dobroczyńcy piwem i kieliszkiem rumu. Okazało się, że jest on przyjacielem trenera Berizzo jeszcze z czasów gdy Argentyńczyk był piłkarzem klubu z Vigo. Wejściówki na mecz z Las Palmas były właśnie w prezencie od trenera, więc możemy się pochwalić, że spotkanie obejrzeliśmy zaproszeni przez 'Toto' Berizzo :) 



Grupka kibiców Celty przed stadionem Las Palmas
Jeszcze przed wejściem na stadion zrobiliśmy sobie kilka zdjęć z wyjazdową ekipą kibiców Celty. Jeden z nich opowiedział nam, że mieszka na Gran Canarii i niedawno założył lokalny fanclub, który prowadzi wraz z innymi Galisyjczykami zameldowanymi na Kanarach. Na 20 minut przed rozpoczęciem spotkania weszliśmy na stadion. Okazało się, że sektor gości nie był w ogóle odgrodzony i znajdował się na samym dole trybuny, tuż przy boisku. Po prawej stronie, na sąsiedniej trybunie, ulokowała się grupa najbardziej żywiołowo dopingujących fanów Las Palmas, a w naszej strefie również nie brakowało osób w żółtych koszulkach. Jeden z nich usiadł tuż za nami i przez pięć minut skarżył się, że zasłaniamy mu boisko, po czym zrezygnowany przesiadł się kilka rzędów wyżej. Oprócz tej drobnej scysji z kanaryjskim marudą, relacje z fanami gospodarzy były doskonałe. Kilka razy powtarzyliśmy okrzyk kibiców Las Palmas, "Pio Pio", który teoretycznie jest onomatopeją na ćwierkanie kanarka, na co fani reagowali oklaskami. Po bramkach Las Palmas również my przyłączyliśmy się do świętowania, czego nie widziałem wcześniej na żadnym meczu. Relacje z kanaryjskimi kibicami układały się świetnie, nie odczułem z ich strony żadnej wrogości.

Gorzej niż na trybunach, wiodło się Celcie na boisku. Po wyeliminowaniu Atlético w Pucharze Króla (0:0 w Vigo i 3:2 w Madrycie) i awansie do półfinału, 'Celestes' wyszli na boisko nieco zrelaksowani. Z perspektywy czasu (piszę te słowa ponad 2 miesiące po meczu) wiemy już jak trudnym terenem jest w tym sezonie Estadio de Gran Canaria, wszak do ostatniego gwizdka sędziego męczyły się tu zarówno Real Madryt jak i Barcelona, a Sevilla przegrała nawet 2:0. Kanaryjczycy pokazali też kawał dobrego futbolu w meczach z drużynami z niższej półki: Granadą (4:1) i Getafe (4:0), a ostatnio zaczęli nawet wygrywać na wyjeździe - 0:1 z Villarreal i Real Sociedad, 1:3 z Deportivo A Coruña. Pomijając weterana Juana Carlosa Valerona, Las Palmas jest drużyną bez większych gwiazd, choć w tym sezonie możnaby wyróżnić choćby brazylijskiego napastnika Williana José lub trudnego do upilnowania skrzydłowego Jonathana Vierę. Obrona dowodzona przez trzech kapitanów wygląda coraz solidniej, mimo problemów na początku sezonu. Imponująca jest liczba wychowanków w kadrze pierwszej drużyny - jest ich aż 15! Futbol preferowany przez trenera Quique Setiena jest ofensywny i przyjemny dla oka jak na drużynę z dolnej części tabeli. Podsumowując tę analizę: Jak na skromny budżet i pierwszy sezon w Primera División, Las Palmas to całkiem ciekawa drużyna.



Kibice Celty obserwujący w napięciu nerwową końcówkę meczu
Mecz jednak zaczął się bardzo dobrze dla drużyny z Galicji, która zaczęła z dużą pewnością siebie i objęła prowadzenie już w 4 minucie. Bramkę po kontrataku strzelił Belg Bongonda. Celta prowadziła grę od samego początku, choć to Las Palmas dzięki kilku szybkim kontratakom zdołało stworzyć sobie groźniejsze sytuacje. Po bramce na 0:1 gospodarze trafili w poprzeczkę. Nasz napastnik, Orellana, został złapany na spalonym w doskonałej sytuacji bramkowej, a po meczu okazało się, że sędzia liniowy pomylił się w tej sytuacji. Również przy bramce wyrównującej mecz sędzia pomylił się dyktując karny za bardzo dyskusyjną rękę Gustavo Cabrala w polu karnym. Jonathan Viera wykazał się zimną krwią i strzelił bezbłędnie tuż przy słupku. Bez kontuzjowanego Nolito i nowego lidera drugiej linii, Marcelo Diaza, Celta nie zdołała przestraszyć gospodarzy po gwizdku na przerwę nie byłem wcale pewny czy uda się wywieźć jakieś punkty z Gran Canarii.

Druga odsłona meczu była dość wyrównana, choć nieco lepiej prezentowała się drużyna gospodarzy, w której wyróżniali się świetnie technicznie pomocnicy Tana i Roque Mesa. Obaj wychowankowie Las Palmas czuli się doskonale w środku pola, znajdując miejsce do rozgrywania i tworząc okazje bramkowe napastnikom. Viera i Wakaso bez przerwy nękali bocznych obrońców Celty. W końcu o losie drużyny Berizzo przesądziła czerwona kartka dla Orellany za rzekomą próbę wymuszenia rzutu karnego. Powtórki znów każą wątpić w słuszność tej decyzji, o czym napisał nawet w swojej pomeczowej relacji dziennikarz 'Marci' - wydaje się, że Orellana przewrócił się bez zamiaru oszukania sędziego i natychmiast wstał, aby kontynuować grę.

W dziesiątkę Celta nie była już w stanie przeciwstawić się grającym z dużą pewnością siebie gospodarzom. Końcówka meczu była niezwykle nerwowa i miałem wrażenie, że mecz przegramy. Już po 90 minucie Willian José, po podaniu Roque Mesy, strzelił na 2:1 dla Las Palmas. Stadion wprost eksplodował z radości, a w sektorze gości spontanicznie przyłączyliśmy się do 'fiesty', mimo oczywistego rozczarowania. Zapewne inaczej zareagowalibyśmy, gdyby nie był to zwykły ligowy mecz i w mniej komfortowej sytuacji w tabeli. Mimo wszystko, reakcja kibiców Celty jest godna podziwu w obliczu porażki. Z pewnością fani niejednej drużyny nie potrafiliby się odpowiednio zachować w podobnej sytuacji. Po ostatnim gwizdku sędziego kilku Kanaryjczyków pogratulowało nam awansu do półfinału Copa del Rey. Kibiców Las Palmas zapamiętam z bardzo dobrej strony i z chęcią wrócę kiedyś na Estadio de Gran Canaria, gdzie bardzo przyjemnie ogląda się widowiska piłkarskie.

Zapraszam do obejrzenia piłkarskich zdjęć z Gran Canarii poniżej:


Stary stadion UD Las Palmas - Estadio Insular, obecnie przerobiony na park.

Ważne momenty i postaci w historii UD Las Palmas, uwiecznione na zdjęciach (Estadio Insular)

Stary stadion UD Las Palmas - Estadio Insular, obecnie przerobiony na park.

Stary stadion UD Las Palmas - Estadio Insular, obecnie przerobiony na park.

Stary stadion UD Las Palmas - Estadio Insular, obecnie przerobiony na park.

Stary stadion UD Las Palmas - Estadio Insular, obecnie przerobiony na park.

Stary stadion UD Las Palmas - Estadio Insular, obecnie przerobiony na park.

Nazwisko byłego reprezentanta Polski, Wojciecha Kowalczyka, na tablicy upamiętniającej byłych piłkarzy Las Palmas

Stary stadion UD Las Palmas - Estadio Insular, obecnie przerobiony na park.

Oczekując na wejście na Estadio de Gran Canaria

Oczekując na wejście na Estadio de Gran Canaria

Trybuna kryta na Estadio de Gran Canaria

W trakcie meczu

Kibice Celty, oglądający mecz na stojąco.

Właścicielka jednego z barów w Las Palmas pozuje z nami i herbem Barcelony

Z moimi towarzyszami podróży przed meczem Barçy z Atlético Madryt