poniedziałek, 21 listopada 2016

Południowa Galicja - Prowincje Pontevedra i Ourense

Widok Vigo i Ría de Vigo z Monte Galiñeiro (711 m.n.p.m.)
Powrót do Galicji po ponad sześciu latach od ostatniej wizyty, był dla mnie wyjątkową podróżą, tą najbardziej wyczekiwaną ze wszystkich, które ostatnio odbyłem. To właśnie tam, w samym rogu Półwyspu Iberyjskiego, przeżyłem jedne z najszczęśliwszych i najbardziej beztroskich chwil w moim życiu - semestr wymiany studenckiej Erasmus na uniwersytecie w Vigo. A więc wypad do Vigo i okolic był dla mnie swoistą podróżą sentymentalną.

Nawet jeśli nie macie podobnej więzi sentymentalnej z Galicją, jestem pewien, że zrozumiecie jej wyjątkowość. Region może pochwalić się niezwykłymi krajobrazami i unikalną kulturą, dumnie nawiązującą do swojego celtyckiego rodowodu. Typowym widokiem są tu zielone wzgórza, skaliste i niezamieszkałe wyspy, imponujące klify Wybrzeża Śmierci (Costa da Morte), a także przepiękne, stare miasta na czele z Santiago de Compostela, Lugo, Tui, Ourense czy też A Coruñą. Wrażenie melancholii potęguje wiecznie zachmurzone niebo znad Atlantyku, które bez wytchnienia atakuje galisyjskie wybrzeża i przesuwa się w głąb lądu. Pory roku w Galicji są w zasadzie dwie: Deszczowa, która przypada na jesień, zimę i wiosnę; oraz słoneczna, trwająca około 3-4 miesiące. Ale niech nie przestraszy Was deszcz, Galicja zrekompensuje każdemu pochmurne dni pięknymi widokami, skoczną celtycką muzyką oraz świetnym jedzeniem, winami i likierami. Nie znam nikogo kto wróciłby stamtąd zawiedziony tym co zobaczył.

Masyw Monte Galiñeiro widziany z kampusu Universidade de Vigo
Krajobraz Galicji jest bardzo urozmaicony - wnętrze kraju jest stosunkowo górzyste, natomiast charakterystyczne dla wybrzeża są tak zwane ‘rías’ (po polsku Wybrzeże Riasowe) - długie i szerokie zatoki, do których spływają rzeki. Na południu znajdują się większe Rías Baixas rozcinające wybrzeże w kilku miejscach, natomiast północne Rías Altas są znacznie mniejsze. Rías stanowią prawdziwy raj dla wszelkiego rodzaju form życia morskiego, dzięki czemu na wybrzeżach rozwinął się prężnie działający przemysł rybny. Łowi się tu głównie ryby, ośmiornice i kalmary, bardzo popularne w galisyjskiej gastronomii. Oprócz tego Rías Baixas obfitują w kwadratowe farmy, tak zwane ‘bateas’, w których hoduje się małże i inne mięczaki. Galicja może też się pochwalić przepięknymi wyspami, takimi jak Cies i Ons.

Historycznie i językowo jest to kraj mocno związany z Portugalią. Język galisyjski jest pokrewny portugalskiemu, a wiele wieków temu stanowiły ono jedno narzecze, tak zwany galaico-portugués, tak jak i Galicja wraz z Portugalią przez pewien czas były tym samym krajem, jako że Hrabstwo Portugalii stanowiło część Królestwa Galicji. Wiele stuleci później więź między oboma krajami wciąż istnieje, choć wieki separacjii odcisnęły na niej swoje piętno. Język galisyjski, w przeciwieństwie do katalońskiego, nie może pochwalić się większym prestiżem społecznym niż hiszpański. O ile starsze pokolenia i mieszkańcy mniejszych miejscowości zazwyczaj porozumiewają się ze sobą po galisyjsku, o tyle już młodzież z dużych ośrodków miejskich, takich jak Vigo czy A Coruña, zdecydowanie częściej posługują się hiszpańskim. Sytuacji języka nie pomaga polityczna orientacja “elit” społecznych, tradycyjnie nastawionych pro-hiszpańsko. Wystarczy wspomnieć, że z Galicji pochodził faszystowski dyktator, generał Franco, a także obecny premier Hiszpanii, Mariano Rajoy, który zresztą nawet nie mówi po galisyjsku. Jest to łatwiej zrozumieć jeśli weźmie się pod uwagę niezwykle konserwatywne i katolickie oblicze galisyjskiego społeczeństwa. Jest to kraj dość mało zurbanizowany, duża część populacji żyje w niewielkich miasteczkach i wsiach. Od zawsze największe poparcie w lokalnych wyborach uzyskuje tutaj prawicowa i pro-hiszpańska partia Partido Popular. Mimo wszystko należy zaznaczyć, iż w Galicji istnieją też nastroje niepodległościowe, a partie dbające o tutejszą tradycję i język też cieszą się dużą popularnością.

Zespół grający galisyjską muzykę ludową w trakcie Festa da Reconquista
W trakcie studiów na uniwersytecie w Vigo miałem przyjemność poznać kilku tłumaczy i profesorów filologii galisyjskiej - ludzi niezwykle utalentowanych i zaangażowanych w obronę i promocję lokalnej tradycji oraz języka. Gdyby to im powierzono pieczę nad przyszłością galisyjskiej kultury, byłbym o nią całkowicie spokojny. Większość z nich reprezentuje nurt zwany reintegracjonizmem, którego celem jest przywrócenie więzi Galicji z międzynarodową społecznością portugalskojęzyczną. Galicja otrzymała już status obserwatora w Międzynarodowej Wspólnocie Krajów Portugalskojęzycznych i stara się też o status członka wspólnoty, na co jednak zgodzić musi się rząd Hiszpanii. Reintegracjoniści opracowali również własne normy pisowni, odmienne od oficjalnej, upodabniające galisyjski do portugalskiego. W nawiązaniu tej współpracy oraz przywróceniu podobieństwa między językami, nurt ten upatruje szansy na ocalenie galisyjskiego przed zniknięciem z lingwistycznej mapy świata.

Powrót do Vigo

Wyspy Cies i część portu w Vigo widoczne ze wzgórza Castro
Podróż po Galicji rozpocząłem od mojego ulubionego Vigo - największego miasta tej wspólnoty autonomicznej, z populacją liczącą sobie prawie pół miliona mieszkańców, jeśli wziąć pod uwagę całą aglomerację. Vigo to najmłodsze z galisyjskich miast, które jeszcze w 1842 roku miało niewiele ponad 6 tysięcy mieszkańców. Na początku XX wieku było ich już ponad 20 tysięcy, a do czasów obecnych populacja wzrosła aż trzynastokrotnie do prawie 300 tysięcy mieszkańców! Ten niebywały rozwój Vigo zawdzięcza atrakcyjnej lokalizacji dla przemysłu - poza największą na świecie fabryką Citröena, działającą tu od roku 1958, warto wspomnieć o istnieniu ważnej stoczni, strefy wolnocłowej oraz przeróżnych fabryk akcesoriów i komponentów samochodowych. Obecnie Vigo dysponuje też jednym z najważniejszych portów w Hiszpanii. Biorąc pod uwagę przemysłowy charakter miasta i jego niezwykle szybki rozwój, nie ma raczej tak dobrej reputacji jaką cieszą się znacznie starsze i cenione przez turystów A Coruña, Santiago de Compostela czy też Lugo.

Mimo wszystko, Vigo zdecydowanie polecam odwiedzić, głównie dla bardzo ładnego i odnowionego starego miasta - Casco Vello. Osiem lat temu stare miasto było jeszcze mocno zniszczone i zaniedbane, a nocą zamieniało się w miejsce ponure, opuszczone i mało przyjemne. Dziś jest całkowicie odnowione i tętni życiem dzięki barom, restauracjom i centrom kultury, takich jak Dom Portugalii (Casa Portuguesa), promujący portugalską kulturę i turystykę w sąsiednim kraju. W tym roku miałem szczęście trafić na jedno z największych świąt jakie odbywają się w Galicji - Festa de Reconquista, czyli święto odbicia miasta z rąk wojsk napoleońskich 28 marca 1809 roku. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Vigo i do dziś co roku odbywa się tu trwająca cały weekend impreza. Stare miasto wraca więc do roku 1809 wystrojem i wypełnia się stoiskami z tradycyjnym jedzeniem. Grupy rekonstrukcyjne przebierają się za francuskich żołnierzy bądź też obrońców miasta. Nie brakuje zespołów grających tutejszą celtycką muzykę na dudach, bębnach i fletach

Poniżej możecie posłuchać tradycyjnej galisyjskiej muzyki, tutaj w wykonaniu słynnego w Galicji zespołu Milladoiro:


Nad starym miastem góruje wzniesienie Monte do Castro, na szczycie którego znajduje się XVII-wieczna forteca i spory park - Parque de Castro. Na zboczach wzniesienia znajduje się zagroda z wykopaliskami starego celtyckiego osiedla. Część chat, tak zwanych ‘castros’ została zrekonstruowana, a o historii celtyckiego osadnictwa można poczytać na tablicach z opisem przy ogrodzeniu. Z fortecy na szczycie doskonale widoczna jest spora część miasta, a także imponujące wyspy Cies u wlotu Ría de Vigo. Po drugiej stronie zatoki widać mniejsze miasteczka - Cangas i Moaña.

Kampus uniwersytetu widoczny ze szczytu Monte Galiñeiro
Uniwersytet w Vigo, na którym miałem przyjemność studiować przez pół roku, jest pięknie położony wśród zielonych wzgórz, około pół godziny drogi autobusem od miasta. Z kampusu doskonale widać skalistą górę Monte Galiñeiro, najwyższy szczyt w okolicy, o wysokości 711 metrów. Ze szczytu Galiñeiro rozciągają się widoki na całą okolicę: Z jednej strony Ría de Vigo i samo miasto oraz wyspy Cies, a z drugiej widok na południe, aż do samej granicy z Portugalią. Studiowanie w tak pięknej okolicy, z dala od miasta, było niezwykle ciekawym doświadczeniem. Dla przykładu, na terenie kampusu często pojawiało się stado dzikich koni, przyzwyczajonych do obcowania z ludźmi. Na wysokości prawie pół kilometra nad poziomem morza, byliśmy też zdani na kaprysy niezwykle zmiennej pogody. Niejeden mecz piłkarski musieliśmy kończyć przedwcześnie ze względu na gęstą mgłę, która powoli spełzała ze wzgórz i zbliżała się do boiska. Kiedy mgła zaczynała otaczać boisko niczym bojówka Legii czy Lecha, nawet najodważniejszym z nas przechodziła ochota na dalszą grę. Pewien mecz w pucharze uniwersytetu przegraliśmy 2:5, ponieważ po intensywnym deszczu boisko zamieniło się w jezioro, do czego Galisyjczycy byli lepiej przystosowani niż nasza drużyna złożona z obcokrajowców.

Jeśli odwiedzacie Vigo latem lub w trakcie wakacji wielkanocnych (Semana Santa), możecie odwiedzić wyspy Cies, zamknięte dla turystów przez większą część roku. Wyspy nie są zamieszkane i stanowią część Parku Narodowego Wysp Atlantyckich, obfitującego w lęgowiska różnego rodzaju ptaków morskich, zwłaszcza mew. Archipelag składa się z trzech wysp: Illa do Faro i Illa de Monteagudo, połączone mostem i plażą; oraz Illa de San Martiño, na którą można się dostać jedynie na własną rękę jachtem lub łodzią. Z kolei najlepszym sposobem dostania się na dwie pierwsze wyspy jest przeprawa promem z Vigo, Moañi lub Cangas. Polecam zakupić bilety na prom z wyprzedzeniem ze względu na ograniczenie liczby odwiedzających. Dzienny limit odwiedzin to 2200 osób, z których część uzyskuje pozwolenie na nocowanie w kampingu. Plaże na wyspach zostały kilka lat temu uznane za najładniejsze na świecie przez popularną brytyjską gazetę ‘The Guardian’. Rzeczywiście, piasek jest tu niezwykle czysty i biały. Można również wejść na najwyższe wzgórze z latarnią morską na szczycie, z którego widać całość wysp oraz południowe wybrzeże Galicji.

Pontevedra, Ourense i Tui

Jedna z ulic na starym mieście w Tui
Co ciekawe, stolicą prowincji, w której znajduje się Vigo, jest o wiele mniejsza, lecz dużo starsza Pontevedra. Warto zwiedzić jej imponujące stare miasto. Polecam też wypić kawę w świetnej kawiarni Club del Café przy Rúa Marqués de Riestra, tuż obok ruin kościoła Santo Domingo. W prowincji Pontevedra warto też pojechać na południe, do średniowiecznego miasta Tui i portugalskiej Valençy do Minho, znajdującej się po drugiej stronie rzeki Miño (Po portugalsku “Minho”). Są to bliźniacze miasta połączone mostem, zaprojektowanym przez Gustawa Eiffle’a. Valença, ze swoimi wysokimi murami i wąskimi bramami, przypomina fortecę. Aby przekroczyć średniowieczne fortyfikacje i dostać się do miasta, trzeba przejść ciemnym tunelem. Imponujący jest kontrast między nieco ponurą ciszą za murami miasta, gdzie można dojść do wniosku, że jest to miejsce opuszczone; a zadbanym i pięknie zabudowanym wnętrzem. Valença jest małym miasteczkiem, i pomimo popularności jaką cieszy się wśród turystów, panuje tam niezwykły spokój. Pod wpływem tej atmosfery, nawet podróżnik z tak wielkiej aglomeracji jak Barcelona zwalnia kroku i przestaje spoglądać na zegarek.

W porównaniu ze swoją portugalską siostrą, Tui wydaje się nawet bardziej średniowieczne i mroczne. W średniowieczu Tui było jednym z najważniejszych ośrodków miejskich Galicji, zwłaszcza ze względu na ważną siedzibę władz kościelnych oraz lokalizację na szlaku Camino de Santiago czyli Drogi świętego Jakuba, którą pielgrzymi z południa podążali do Santiago de Compostela. Obecnie Tui jest zaledwie czternastym pod względem liczby mieszkańców miastem w samej tylko prowincji Pontevedra. Być może właśnie tej utracie splendoru sprzed wieków miasto zawdzięcza obecny urok. W rozległym historycznym centrum zachowały się liczne budynki z tamtej złotej epoki: między innymi romański kościół San Bartolomé de Rebordáns z XI wieku, który kiedyś pełnił funkcję katedry. Oprócz tego w doskonałym stanie zachowała się katedra z XII wieku oraz klasztor Santo Domingo wybudowany w następnym stuleciu. Wiele ulic w historycznym centrum jest zupełnie nieprzejezdnych dla samochodów, a pośrodku niektórych z nich znajduje się rynsztok. Przechadałem się tymi starodawnymi ulicami w absolutnej ciszy i samotności, co potęgowało wrażenie autentyczności tego miejsca i zachęcało do refleksji nad względnością upływu czasu. Podczas gdy Vigo w półtora wieku z małej wioski przekształciło się w największe miasto Galicji, stare centrum Tui nie zmieniło się zbytnio przez ostatnie tysiąc lat.

Stara zabudowa Pontevedry
W trakcie pobytu w Vigo wybrałem się też z kolegą do Ourense, stolicy prowincji o tej samej nazwie, słynnej ze względu na swoje gorące źródła. Ourense leży również nad rzeką Miño, lecz już w znacznej odległości od Tui. Podróż autobusem z Vigo zajęła nam około trzech godzin. Na miejscu od razu ruszyliśmy w kierunku gorących źródeł, położonych na obrzeżach miasta tuż przy brzegu rzeki Miño. Termas Outariz to zbiór kilku darmowych źródeł termalnych z wodą o różnej temperaturze, a także płatny ośrodek rekreacyjny. Po kilku godzinach odpoczynku w darmowych źródłach, wróciliśmy do centrum Ourense, którego starówka, jak w każdym galisyjskim mieście, jest niezwykle urokliwa.

Na południu prowincji Ourense znajdują się góry Serra do Xurés, objęte ochroną w ramach parku Parque Natural Baixa Limia - Serra do Xurés, który po drugiej stronie granicy zamienia się w portugalski Parque Peneda-Gerés. Te niewysokie góry zachwycają zielenią swoich krajobrazów oraz obfitością wszelkiego rodzaju fauny, w tym dzikich koni i wilków, których ja niestety (lub na szczęście) nie miałem przyjemności spotkać. W górach znajdują się niewielkie i bardzo stare wioski (aldeas), prawie odcięte od świata zewnętrznego. Z wycieczki do parku ponad osiem lat temu, zapamiętałem szczególnie jedną z nich, zamieszkaną jedynie przez starsze osoby, które nie znały w ogóle języka hiszpańskiego. Podejrzewam, że ci ludzie musieli przeżyć całe życie mówiąc po galisyjsku, bardzo blisko granicy z Portugalią, bez kontaktu z hiszpańskojęzycznym światem i hiszpańskojęzycznych mediów. Młodych ludzi w wiosce nie zauważyłem, zapewne młodsze pokolenia wyemigrowały wcześniej do większych ośrodków. Niektóre ‘aldeas’ były już wyludnione i mocno podniszczone. Ze sporą dozą melancholii stwierdzam, że taki los zapewne czeka większość z tych wiosek, stanowiących żywe świadectwo przeszłości tego kraju.

Derby Galicji: Celta Vigo - Deportivo A Coruña

Akurat na początku kwietnia zbiegły się w czasie dwa bardzo ważne wydarzenia dla Vigo: opisana wyżej Festa de Reconquista oraz mecz dwóch największych i najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich z Galicji: Celty Vigo i Deportivo A Coruña. Jako kibic Celty, nie mogłem przegapić tego hitu, zwłaszcza że obie drużyny radziły sobie akurat bardzo dobrze w lidze. Celta na wiosnę walczyła o miejsce gwarantujące udział w Europa League, natomiast Deportivo nieco straciło formę, jednak wciąż znajdowało się w górnej połowie tabeli. W drużynie z A Coruñi szczególnie zachwycał Lucas Pérez, autor 17 bramek w sezonie. Niestety z uwagi na ogromne zainteresowanie derbami Galicji, ceny biletów osiągnęły absurdalny poziom w porównaniu z innymi spotkaniami na stadionie Balaídos. Zakupiłem bilet z niemal tygodniowym wyprzedzeniem, a i tak wyniósł mnie 80 €.

Estadio Balaídos jest obiektem dość starym, wybudowanym w roku 1928. Jego pojemność to prawie 30 tysięcy miejsc, choć jedna z trybun jest aktualnie w przebudowie, po czym przyjdzie też kolej na następne. Atmosfera derby była bardzo podniosła - przed meczem cały stadion odśpiewał hymn Galicji - “Fogar de Breogán”. Doping był głośny i żywy, znacznie bardziej niż na Camp Nou, które odwiedzam znacznie częściej niż Balaídos. Przyśpiewki dopingujące Celtę przeplatały się z gwizdami i wyzwiskami w kierunku Deportivo, do czego ja akurat się nie przyłączałem.

Tymczasem na boisku Celta nie dawała sobie rady z presją i dość wcześnie straciła bramkę. Piłkarze ‘Toto’ Berizzo grali niczym sparaliżowani oczekiwaniami fanów, prasy i zarządu. Dopiero w drugiej połowie, dzięki przepięknej bramce Nolito z ostrego kąta, udało się wyrównać stan meczu. Do końca spotkania wynik niestety się nie zmienił, a Deportivo bez większego stresu dotrwało do końcowego gwizdka sędziego. Tej nocy wyszliśmy z Balaídos nieco zawiedzeni wynikiem i postawą Celty. Na szczęście pod koniec rozgrywek drużyna z Vigo zdołała zakwalifikować się do europejskich pucharów.

Zapraszam do galerii zdjęć z podróży, wkrótce też opiszę drugą jej część - Północną część Galicji oraz Gijón:

 
Wyspy Cies: Illa de San Martiño widoczna z Illa do Faro


Największa wyspa - Illa de Monteagudo, widoczna z Illa do Faro

Motorówki i żaglówki między Illa do Faro i Illa de San Martiño

Wyspy Cies widoczne z Baiony

Sporych rozmiarów jaszczurka na wyspie Illa do Faro

Plaża łącząca Illa do Faro z Illa de Monteagudo

Forteca w Baionie widoczna ze wzgórza nad miastem

Galisyjskie hórreo - konstrukcja służąca do przechowywania ziarna. W tle Monte Galiñeiro

Jeden z 60 młynów w Folón i Picón w regionie Baixo Miño na samym południu Galicji, niedaleko granicy z Portugalią

Młyny w Folón i Picón

Wyspy Cies widoczne z plaży Samil w Vigo

Widok z jednej z gór w Serra do Xurés (Ourense)

Zdjęcie moich znajomych na szczycie Monte Galiñeiro. W tle Vigo i Ría de Vigo.

2 komentarze:

  1. Świetny wpis! Miło było, dzięki tej lekturze, wrócić do Vigo choć na chwilę :)

    OdpowiedzUsuń