Pościg za tygrysem w parku narodowy Panna

Ostatniego dnia w Khajuraho miałem zarezerwowaną wizytę w parku narodowym Panna. Wyszedłem z pensjonatu przed 5 rano. Szedłem ciemnymi i pustymi uliczkami aż dotarłem do głównej ulicy, gdzie czekałem na autorikszę, która miała zabrać mnie oraz parę z Francji - Raphaela i Claire, do parku. O tak wczesnej godzinie było bardzo zimno i wilgotno. Nawet bluza i długie spodnie nie chroniły mnie przed niską temperaturą, lecz miałem ze sobą koc, aby się nim owinąć w autorikszy i w trakcie safari. Nie wiem ile to było stopni, lecz chłód był porównywalny do zimy w Barcelonie lub późnej jesieni w Polsce. Przejazd autorikszą trwał nieco ponad godzinę, gdyż nie jest ona pojazdem rozwijającym dużą prędkość. Sunęliśmy przez pogrążony w ciemności i mgle krajobraz. Na poboczach ulic Khajuraho spały psy i krowy, lecz nie było śladu ludzi. Na obrzeżach Khajuraho minęliśmy tutejsze lotnisko, ze swoją wielką halą, która przyjmuje pasażerów zaledwie dwa razy dziennie. Nieco dalej znajdowała się stacja kolejowa, za którą skęciliśmy na wschód. Od czasu do czasu wyprzedzały nas taksówki wiozące z całą pewnością turystów w kierunku bramy parku. Wewnątrz naszej rikszy owiewało nas zimne powietrze i było mi bardzo zimno nawet po tym jak owinąłem się kocem.

Wreszcie około 6 rano dotarliśmy do bramy parku, pod którą stało już ponad dwadzieścia samochodów terenowych marki Mahindra uprawnionych do przewozu turystów po parku. Wokół kręciło się sporo ludzi - głównie kierowców taksówek i terenówek i przewodników, ale powoli zaczęli się pojawiać również turyści. W niewielkiej kawiarence ludzie popijali herbatę z mlekiem i jedli śniadanie. Już wkrótce samochody zaczęły się zapełniać więc mieliśmy jedynie kilka minut. W parkach narodowych Indii safari zaczynają się wcześnie rano z uwagi na większą aktywność zwierząt, w szczególności drapieżników. Niebo zaczęło się rozjaśniać na wschodzie gdy cały sznur około 15-20 samochodów przejechał przez bramę parku. Wewnątrz lasu temperatura była jeszcze niższa niż do tej pory z powodu znacznie większej wilgoci, którą zatrzymują leśne tereny. Jeśli ktoś jeszcze zastanawia się jak walczyć z globalnym ociepleniem, to powinien najpierw pójść na spacer do lasu aby przewietrzyć sobie umysł. Owinąłem się kocem, ale nie wystarczyło to, aby nie odczuwać przenikliwego chłodu.

Jechaliśmy dość szybko piaszczystą drogą wśród porannej mgły. W niektórych miejscach park przybierał postać gęstej dżungli, natomiast w innych przypominał bardziej afrykańską sawannę - otwarte tereny porośnięte wysoką trawą, z której wystawał pojedyncze, niewysokie drzewa. Las w parku narodowym Panna należy do kategorii tropikalnych lasów suchych, mimo sporej wilgoci jaka panuje tutaj zimą. Jednym z jego najbardziej emblematycznych drzew jest drzewo tekowe (teak tree po angielsku), które posiada bardzo duże, obłe liście. Bardziej na północ zaczynają się już wilgotne lasy z drzewami zrzucającymi liście zimą, typowe dla obszarów górnego biegu Gangesu Niziny Hindustańskiej, ciągnącej się od Pakistanu aż po Bangladesz przez całe Indie północne.

Momentami wyjeżdżaliśmy z dżungli na otwarty step pełen wysokiej trawy i krzewów. Po drodze mijaliśmy wiele saren z gatunku sambar jednobarwny oraz ładnie ubarwione, jasnobrązowe i cętkowane czytale. Co jakiś czas widzieliśmy też majestatyczne pawie oraz sporych rozmiarów hulmany - małpy znane w Indiach jako langury. Oprócz zwierząt pięknie prezentował się również sam las - niezwykle zróżnicowany pod względem terenu i roślinności. Nasi kierowcy jednak mieli tylko jeden cel: znalezienie tygrysa dla swoich klientów. Pędzili więc przez niezwykły krajobraz parku i jedynie z rzadka zatrzymywali się, aby coś nam pokazać, nie dając nawet czasu na dokładniejszą obserwację otoczenia lub zrobienie zdjęć. Ta obsesja na punkcie tygrysów sprawiła, że nasze safari przypominało raczej wyścig, co było nieco stresujące i nie pozwalało nacieszyć się pięknem natury w parku narodowym Panna.

Co chwilę mijaliśmy się z innymi samochodami, a kierowcy wymieniali się informacjami. Gdy tylko ktoś słyszał nawoływanie jeleni lub hulmanów, pędziliśmy w to miejsce na urwanie głowy i zatrzymywaliśmy się w oczekiwaniu na pojawienie upragnionego tygrysa. Zwierzęta składające się na dietę drapieżników takich jak tygrys i lampart wykształciły formy ostrzegania siebie nawzajem przed ich obecnością, co stanowi fascynującą formę komunikacji międzygatunkowej. Często małpy znajdujące się na drzewach wysyłają sygnał o obecności drapieżnika, z którego korzystają na przykład jelenie. Takie sygnały słyszeliśmy kilka razy, więc być może gdzieś w okolicy kręcił się tygrys lub lampart, jednak pomimo oczekiwania w kilku różnych miejscach żadnego z tych dużych kotów nie zobaczyliśmy. Było to oczywiście coś, z czym byłem wręcz pogodzony decydując się na wizytę w parku, ponieważ nigdy nie zakładam że zwierzęta istnieją po to, żebyśmy mogli nacieszyć się ich widokiem lub wykorzystać je do naszych celów.

To właśnie presja na oglądanie zwierząt i komercjalizacja parków narodowych i rezerwatów sprawia, że oddalamy się coraz bardziej od natury i stajemy ponad nią, patrząc na nią z wyższością. Inne gatunki istnieją już praktycznie tylko dla nas i dzięki nam, żyjąc w zwierzęcej wersji Truman Show - coraz bardziej sztucznym świecie stworzonym po to, aby zagwarantować rozrywkę odwiedzającym dżunglę ludziom. Obecność tygrysów, słoni lub innych popularnych w ludzkiej wyobraźni zwierząt gwarantuje dochód i generuje miejsca pracy wielu ludziom. Gdybyśmy nie wykazywali takiego zainteresowania oglądaniem zwierząt w ich naturalnym środowisku, to zapewne już doprowadzilibyśmy o wiele więcej gatunków do wyginięcia. Przykre wydaje mi się, że ludzkość potrafi nadać wartość innym zwierzętom jedynie przez pryzmat ich przydatności dla człowieka.

Tymczasem w Panna wstało już poranne słońce, które było zaledwie bladą kulą na niebie i w ogóle nie grzało, przez co wciąż siedziałem owinięty w koc. Powoli jednak słońce pięło się coraz wyżej na niebie i temperatura wzrosła. Była już prawie godzina 10, a w parku byliśmy od 6:15. O tej godzinie krążyliśmy po lesie już bez pośpiechu. Nasz przewodnik chyba się wreszcie poddał, wiedząc że najlepszy czas na zobaczenie tygrysa minął. Jeździliśmy trochę bez celu i z rzadka zatrzymując się, aby poobserwować krajobraz, zrobić zdjęcia lub przyjrzeć się różnym zwierzętom, które mijaliśmy: grupom jeleni, dzików lub pawi. Nad rzeką zobaczyliśmy nawet wygrzewającego się na kamieniu młodego krokodyla błotnego, a później z daleka dostrzegliśmy też dużego osobnika tego gatunku wylegującego się na przeciwnym brzegu rzeki Ken. Po godzinie 10 nasz przewodnik i kierowca ruszyli już w kierunku bramy parku, zatrzymując się co jakiś czas, żeby tylko zameldować się przy wyjeździe dokładnie na czas końca wizyty czyli o 11:00. Podobno władze parku pilnują kierowców i przewodników, aby nie skracali czasu safari i dostarczali usług, które wykupili klienci czyli pięciu godzin w parku. Do 11:00 nie zobaczyliśmy już jednak niczego godnego uwagi i wróciliśmy do Khajuraho nieco zawiedzeni doświadczeniem w Panna. O ile nie liczyliśmy szczególnie na widok tygrysa to z pewnością zabrakło nam spokoju i większej ilości informacji o życiu lasu ze strony naszego przewodnika, który ograniczył się do pokazywania nam różnych zwierząt które dostrzegał.

Było to już moje ósme safari w Azji Południowej. W Indiach byłem poprzednio w parkach narodowych takich jak Sariska, Jim Corbett, Kaziranga i Periyar, w Nepalu dwa razy w Chitwan, a w Sri Lance w Udawalawe. Uwielbiam odwiedzać parki narodowe i obserwować zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Czerpię ogromną radość i spokój z obcowania z przyrodą, której bardzo mi brakuje jako mieszkańcowi dużej europejskiej metropolii. Niestety większość safari przypomina właśnie taki wyścig jak w Panna, którego celem jest zobaczenie głównie zwierząt takich jak tygrys, słoń, krokodyl lub nosorożec. Inne zwierzęta takie jak jelenie, antylopy i przeróżne ptaki nie sprzedają się tak samo dobrze. Tutejsze parki narodowe oprócz tego że stanowią obszary chronione, są też komercyjnymi projektami, z których żyje wiele osób. Niestety bardzo często nie są to sami mieszkańcy lasów, które zostały objęte ochroną, czyli lokalne plemiona. Wiele z nich zostaje przeniesionych z dala od lasu będącego ich źródłem utrzymania i żyje dziś w nędzy bez żadnej rekompensaty od indyjskiego rządu. Podobna niesprawiedliwość spotyka często mieszkańców wiosek skazanych na zniszczenie z powodu projektów kopalń lub na zalanie po budowie tamy na rzece takiej jak Narmada. Walkę mieszkańców przeciwko eksmisji i zalaniu ich ziem opisuje na przykład słynna indyjska pisarka Arundhati Roy w książce Algebra bezgranicznej sprawiedliwości.

Sama natura safari ma swoje korzenie w kolonializmie i polowaniach na zwierzęta głównie przez bogatych białych przybyszy z Europy. Biorąc to pod uwagę nie dziwi mnie, że dzisiaj safari dostarczają mieszanych wrażeń jeśli próbuje się spojrzeć na naturę z perspektywy nie antropocentrycznej, umieszczającej człowieka ponad nią. Pod tym względem moim najgorszym doświadczeniem była wizyta w parku narodowym Udawalawe na Sri Lance, gdzie oglądaliśmy głównie słonie, bawoły i jelenie, choć zobaczyliśmy też parę krokodyli. Park był wspaniałym tropikalnym lasem, z wieloma otwartymi przestrzeniami ułatwiającymi obserwację zwierząt. Niestety zarząd parku zamiast myśleć przede wszystkim o dobrze zwierząt, myślał przede wszystkim o zarobkach kierowców samochodów, przez co do parku wjechało aż kilkanaście samochodów ze średnio 2-3 pasażerami, podczas gdy każdy z nich mógł pomieścić około 8 osób. Z tego powodu las wypełnił się szybko przemieszczającymi się i głośnymi pojazdami, których większość zwierząt wolała zapewne uniknąć. W pewnym momencie około 10 pojazdów otoczyło dwie słonice ze swoimi młodymi, mniejsze z których przydeptywało sobie własną trąbę. Jego matka robiła co mogła, aby poprowadzić go między samochodami, ale słoniątko wydawało się nerwowe w obliczu tak wielu ludzi. Ta scena nie spodobała się wielu turystom, którzy poprosili przewodników i kierowców, abyśmy dali słoniom spokój. 

Mimo wszystko istnieją opcje bardziej etyczne niż moja wizyta w Panna, na przykład w Chitwan w Nepalu i w Periyar w indyjskim stanie Kerala, gdzie skorzystałem z oferty pieszej wędrówki przez las z uzbrojonymi w kije strażnikami parku. Było to bardzo ciekawe doświadczenie pozwalające na bliższy kontakt z lasem, choć z pewnością byłem narażony na większe niebezpieczeństwo, bo szczególnie spotkanie nosorożca lub słonia mogło skończyć się tragicznie. Również czarne niedźwiedzie azjatyckie bywają agresywne, podczas gdy tygrysy i lamparty zdecydowanie rzadziej atakują ludzi. Podobała mi się również wizyta w parku narodowym Kaziranga we wschodnim stanie Asam, gdzie wjechaliśmy do lasu pojedynczym samochodem i we względnej ciszy przemierzaliśmy gęstą, wilgotną dżunglę. Niestety nawet w Kazirandze w ofercie znajduje się safari na grzbiecie słonia.

Znacznie lepszym rozwiązaniem byłyby piesze wędrówki przez park z kilkugodzinnymi przerwami na podziwianie natury z wież obserwacyjnych. Oczywiście takie wizyty musiałyby się odbywać w towarzystwie uzbrojonych strażników parku i wiązałyby się z pewnym ryzykiem, lecz ich zalety na pewno rekompensowałyby narażenie na niebezpieczeństwo. Miłośnicy natury musieliby uzbroić się w cierpliwość i uważnie nasłuchiwać oraz rozglądać po otoczeniu. Tego rodzaju piesze safari przybliżyłoby nas do doświadczenia naszych przodków sprzed tysięcy lat, którzy przemierzali lasy i prerie w poszukiwaniu pożywienia i schronienia. Etyczne safari musiałyby też przynosić korzyści lokalnej ludności i wykorzystywać turystykę na korzyść zarówno mieszkańców okolic parku jak i zwierząt i roślinności. W dobie zmian klimatycznych i zwiększonej świadomości wpływu naszej działalności na równowagę w naturze, coraz więcej klientów szuka możliwości odwiedzania parków narodowych w sposób szanujący otoczenie. Wobec tego zainteresowania pojawiają się też oferty takich safari, głównie w Afryce lecz również w Indiach. Dla przykładu w Jawai w Radżastanie można poznać okolice w poszukiwaniu lampartów i przyczynić się nie tylko do dobrobytu mieszkańców lecz również samych zwierząt, których obecność jest całkowicie akceptowana mimo sporadycznych szkód, jakie wyrządzają.

Zawsze będę potrzebował kontaktu z naturą, której jako gatunek jesteśmy wciąż częścią, mimo drastycznych zmian zmieniających nasz styl życia i świadomość. Szczególnie mieszkając w dużym, nowoczesnym mieście takim jak Barcelona można odnieść wrażenie, że gatunek ludzki wystąpił z natury i żyje poza nią, nawet jeśli jest to dość złudne. Biorąc pod uwagę poważne szkody jakie wyrządzamy całej planecie, powinniśmy szukać powrotu do równowagi i zmniejszenia naszego wpływu na otoczenie. Parki narodowe powinny służyć celom edukacyjnym, a nie rozrywkowym, więc wizyty takie jak safari powinny spełniać właśnie taką funkcję. Rajdy w pościgu za tygrysem raczej nie pozwalają na docenienie piękna przyrody i odczucia spokoju, którym emanuje. Przy okazji lokalne społeczności powinny czerpać korzyści z ochrony, jaką objęto teren parku i żyjące w nim zwierzęta, w przeciwnym wypadku skazuje się je na konflikt z innymi gatunkami. Odnoszę wrażenie, że niektóre miejsca w Indiach i Nepalu zdały sobie z tego sprawę i znajdują powoli równowagę między ludzkimi działaniami i ochroną przyrody. Przy następnych wizytach w Azji Południowej na pewno odwiedzę kolejne parki narodowe w poszukiwaniu kontaktu ze światem zwierząt i roślin.

Comentarios

Entradas populares de este blog

Język kataloński w teorii i praktyce

Katalończycy tłumaczą: Skąd ten separatyzm?

Podatki Leo Messiego - Kto stoi za oskarżeniem?

Diada 2014: V jak "votar". Katalonia chce głosować.

Bye Bye Barcelona - Dokument o turystyce masowej w Barcelonie

Nerwowa cisza przed burzą: Referendum 1-O w Katalonii

Festa Major de Gràcia - święto Gràcii

Walencja: Wizyta u kuzynów z południa

Dzień hiszpańskości w stolicy Katalonii

Some Indian movies on women's rights