Wojna w Iranie, nowy porządek na świecie i obrona praw człowieka
W Barcelonie moi znajomi z Iranu ucieszyli się ze śmierci ajatollaha i trudno mi ich winić - wszak oni i ich rodziny oraz znaczna część irańskiego narodu wiele wycierpieli pod jego rządami. Powiedziałem Irańczykom, że życzę im, aby był to początek demokratycznych zmian w ich kraju, ale nie potrafiłem ukryć przy tym zmartwienia i smutku. W gruncie rzeczy nie mam wiary w to, że atak Stanów i Izraela przyniesie im upragnioną wolność od reżimu ajatollahów. A jeśli ją przyniesie, to zastanawiam się czy w ostatecznym rozrachunku Irańczycy będą mogli uznać, że było warto wspierać tę agresję na swój kraj. Widząc piekielne płomienie trawiące zapasy ropy w Teheranie i gęste, toksyczne smugi dymu spowijające niebo nad miastem, zastanawiam się czy tak naprawdę powinno wyglądać wyzwolenie. Czy naprawdę cel musi uświęcać środki? Czy psychopatyczny pedofil i ludobójca to rzeczywiście osoby, którym leży na sercu dobro Irańczyków? Irańska opozycja pewnie nie ma innego wyjścia i jest to naprawdę tragiczne położenie, szczególnie dla Irańczyków, którzy są zmuszeni wytrzymać wojnę we własnym kraju.
Oczywiście piszę to wszystko jako osoba patrząca z zewnątrz na tę tragiczną sytuację. Nie będąc Irańczykiem nie jestem w nią tak zaangażowany emocjonalnie. Gdybym stracił wolność i być może członków rodziny z powodu opresji reżimu ajatollahów, z pewnością miałbym inne stanowisko. Tymczasem obserwując rozwój wojny z wygodnej Europy, martwią mnie setki cywilnych żyć oraz straszliwe zniszczenie infrastruktury w azjatyckim kraju. Nieuniknione jest cierpienie milionów Irańczyków, uwięzionych między fanatykami religijnymi w Teheranie i szaleńcami ze Stanów i Izraela. Mordując wcześniej tysiące własnych obywateli reżim ajatollahów pokazał wcześniej, że nie zamierza oddawać władzy, więc wojna nie zakończy się szybko, a jej skutki odczują nie tylko państwa rejonu Zatoki Perskiej lecz również państwa europejskie, których gospodarka w dużym stopniu zależy od tankowców z ropą płynących przez cieśninę Ormuz.
Mój lewicowy światopogląd nie pozwala mi na sympatyzowanie z żadną dyktaturą taką jak teokratyczny reżim irański, jednak tym bardziej nie mogę wspierać agresywnych, imperialistycznych działań Stanów Zjednoczonych i Izraela, które dzisiaj w spółce z Rosją są największym zagrożeniem dla pokoju na świecie. Ludobójstwo i zniszczenie Gazy było ostatecznym gwoździem w trumnie międzynarodowego ładu nadzorowanego przez ONZ. Dzisiaj każdy megaloman lub inny psychopata u władzy czuje się ośmielony bezczelnością Trumpa i Netanjahu, a ONZ jest kompletnie bezsilna. Obecny scenariusz jest idealny dla światowej skrajnej prawicy, która wszędzie zatruwa społeczeństwa nienawiścią i strachem. Również w Europie skrajna prawica do spółki z centroprawicą ślepo podąża za przykładem faszystów zza oceanu. Kilka dni temu w Parlamencie Europejskim te siły polityczne przegłosowały prawo, które pozwoli na deportacje nieudokumentowanych migrantów w stylu amerykańskim. Nie brakuje tak wiele, abyśmy w Europie mieli własne gestapo takie jak ICE. Wobec takich faszystowskich odchyleń potrzebujemy więcej Pedro Sanchezów a mniej Ursul von der Leyen - liderów, którzy mają odwagę przeciwstawić się tyranom w imię demokratycznych wartości zamiast ulegania presji z ich strony.
Obserwując wpisy znajomych i nieznajomych w mediach społecznościowych dochodzę do wniosku, że świat jest dziś tak mocno podzielony, że nikt nie jest już po niczyjej stronie. Nie rozumiem tych osób, które w ramach walki o wolność Iranu akceptują Trumpa i Netanjahu oraz tolerują ludobójstwo i czystki etniczne w Palestynie. Dziwi mnie stanowisko ludzi, którzy wspierają zdradzoną w haniebny sposób przez Donalda Trumpa Ukrainę, a jednocześnie milczą na temat zbrodni popełnianych przez Izrael w Gazie i na Zachodnim Brzegu. Nie podzielam też zdania tych, którzy w myśl wartości antyimperialistycznych akceptują reżim ajatollahów jako mniejsze zło, potrzebne do zwalczania syjonizmu i amerykańskiego imperializmu. Obawiam się, że nie chodzi im wcale o prawa człowieka lecz obronę interesu ich własnego narodu. Zawsze instynktownie bronię praw człowieka - dlatego wspieram Palestyńczyków walczących o wolność, sprawiedliwość i suwerenne państwo, Ukraińców sprzeciwiających się tyranii i przemocy ze strony Moskwy oraz Irańczyków opierających się zamordyzmowi i opresji. Nie widzę w tym sprzeczności, lecz takie stanowisko sprawia, że jestem na linii ognia wszystkich. Być może taka jest właśnie cena, jaką trzeba zapłacić za spójność poglądów.

Comentarios
Publicar un comentario